Trener personalny – hmm… praca marzeń?

Sebastian Fit Tips, Lifestory, Pozostałe Leave a Comment

Trener personalny – praca marzeń?

Do napisania tego artykułu zainspirował mnie jeden z naszych nowych Klientów, który podczas jednej z pierwszych rozmów stwierdził, że „my to mamy życie!”. Pogadaliśmy i co? Ano tyle, że przecież praca trenera personalnego to spełnienie marzeń! A przy okazji miliony monet, uwielbienie Kobiet / Mężczyzn (w zależności od płci trenera) – albo obu tychże, praca po 2 godziny dziennie, wakacje 10 miesięcy w roku – w sumie to chyba nawet lepiej niż w przypadku gwiazdy filmowej 😉 A dodatkowo szacunek na dzielnicy, firmy prześcigające się w prezentach typu najnowsze BMW M5 na zawsze za darmo, po 12 godzin snu na dobę (minimum). A to wszystko nie wymaga nawet specjalnej nauki na początku! No sami powiedzcie, czy może być coś lepszego?

Podczas tej litanii pozytywów siedziałem niemalże zauroczony – dowiadywałem się bowiem tylu wspaniałych rzeczy! Malowany przede mną świat był tak kolorowy, tak urzekająco piękny, że rozmarzyłem się niemal natychmiast! Ja też chcę być trenerem i żyć w ten sposób! Dam radę! Ale zaraz… Przecież ja JESTEM trenerem personalnym. I tak nie do końca mogę się zgodzić z tymi wszystkimi superlatywami – więc może coś jest nie tak z moim światem? Zepsuł się? A może dostałem jakiś wybrakowany, czy co? Przeanalizujmy to na spokojnie.

Mit numer jeden – Chcesz być trenerem? Klaśnij w dłonie!

Zacznijmy (jak to zwykle bywa) od początku 😉 Czyli co trzeba zrobić, kiedy już podejmiemy decyzję o zostaniu trenerem? Według słów mojego nowego podopiecznego, wystarczy  powiedzieć jak na małżeńskiej przysiędze – „tak, chcę” i… już. Jesteśmy super trenerem. Proste, prawda? 😉

Niestety w rzeczywistości droga do tego tytułu nie jest ani taka krótka, ani taka prosta. Na samym początku jest szkolenie (zazwyczaj na instruktora, potem kolejne na trenera personalnego) – a to oznacza dziesiątki / setki godzin nauki, zajęć teoretycznych, praktycznych w najróżniejszych konfiguracjach (od siłowni po basen), testy, egzaminy i mnóstwo podobnych przyjemności.

Czy potencjalnych trenerów na tych szkoleniach jest wielu – tak. A nawet TAK! Obecnie mit trenera jest tak silny, że każdorazowo setki osób starają się o uzyskanie tego tytułu. Ile z nich będzie potem naprawdę dobrymi trenerami? Promil… Dlaczego? Ponieważ ten pierwszy kurs, uzyskanie tytułu to zaledwie mała kropla w morzu wiedzy i doświadczenia, które trzeba posiadać, żeby móc się naprawdę zająć trenowaniem innych! Kiedy patrzę na swoją teczkę  z napisem „Trener Personalny”, widzę dziesiątki dyplomów z różnorakich szkoleń z całego kraju, zbieranych przez lata. A kiedy patrzę na teczkę Emilki, pochylam głowę w podziwie – u niej jest jeszcze mnóstwo innych, związanych z dietetyką, jogą, pilatesem, treningiem z mamami, kobietami w ciąży, etc. – czyli tematami, które ja zaledwie „liznąłem” w porównaniu z nią (a zajęły mi dziesiątki godzin!).

Reasumując – żeby naprawdę móc wziąć na siebie odpowiedzialność za trenowanie drugiej osoby, trzeba się szkolić, szkolić i jeszcze raz szkolić. A równolegle zdobywać doświadczenie, poznawać sposób funkcjonowania naszego ciała – ogólnie nabyć niezwykle szeroką i mocno skomplikowaną wiedzę. Tak obalamy mit numer jeden.

Mit numer dwa – Mało roboty, a kasy na maksa dużo.

Oczywiście, grupka najlepszych trenerów zarabia godziwe pieniądze (nie mówię o „celebrytach”, ale tych posiadających naprawdę niesamowitą wiedzę i umiejętności trenerach) – zawsze jednak jest to okupione kilkunastogodzinnym dniem pracy, ciągłym podnoszeniem kwalifikacji, reżimem treningowo-żywieniowym i podobnymi. Żeby jednak była jasność – zdecydowana większość trenerów po kilku miesiącach pracy na siłowniach dostrzega nagle, że jednak nie jest to praca „mlekiem i miodem płynąca” dla tych, którzy nie chcą się jej poświęcić całkowicie i oddawać jej każdej wolnej chwili.

Przede wszystkim wiąże się z niesamowitą odpowiedzialnością, analizą każdego przypadku, układaniem unikalnych treningów, zaleceń, diet, etc. Wszystko po to, aby każdy z podopiecznych mógł osiągnąć swoje cele. A co dzieje się, kiedy trafiamy na szczególnie trudny przypadek – ilość godzin, które mu poświęcamy, wzrasta w postępie niemal geometrycznym.

Nam pomaga to, że ta praca jest jednocześnie naszą pasją i hobby – uwielbiamy to robić i dlatego nie jest to dla nas poświęcenie, ale przyjemność. Nawet jednak w takim przypadku ta przyjemność okupiona jest potężnym zmęczeniem i pracą nierzadko prawie ponad siły.

Bo żeby z trenowania się utrzymać – trzeba naprawdę mocno się starać. To praca 24h na dobę,
7 dni w tygodniu. Nie można odpuścić, bo jeśli zostanie się w tyle z nowinkami, jeśli przerwie się swój trening – naprawdę w nawale obowiązków trudno potem wrócić. Ciągle się doszkalamy, staramy się być na bieżąco z badaniami / teoriami sportowymi / sposobami trenowania, etc. To jedyna sensowna droga do sukcesu. I uwierzcie – 24 godziny to często w ciągu doby zdecydowanie za mało 🙁

Mit numer trzy – Ach to muskularne ciało!

No tak, ale przecież ta doskonała forma, zachwyt w oczach każdego, kto Cię widzi – to mega czad, prawda? Prawie tak jest 😉

Pomyślcie o takim paradoksie – jeśli jesteście dobrym trenerem, ludzie chcą z Wami ćwiczyć. Żeby ich zachęcić, powinniście odpowiednio wyglądać (to w końcu Wasza najlepsza reklama). Ale kiedy macie naprawdę dużo treningów, zaczyna brakować sił / czasu na regularne własne treningi… Ciekawe, prawda? 🙂 A jednak trzeba sobie radzić – choć czasem nie jest łatwo (trening z Klientem o 5.30, od 6.30 do 8.00 Twój, od 9.00 kolejni podopieczni… A treningi kończą się o 22.30 🙂 – oczywiście z przerwami w ciągu dnia – w sam raz na obiad, pracę „papierkową” i poczytanie przez 30 minut książki). Bycie trenerem personalnym wymaga więc naprawdę niezłego planowania i dużej samodyscypliny – inaczej utoniemy z kretesem 😉

Odnośnie zaś „podziwu” – mając wiedzę nt. naszego ciała wiemy doskonale, że „6-pak” to wcale nie jest (szczególnie u Kobiet) naturalna i najlepsza droga dla organizmu (ale o tym innym razem) – więc utrzymanie sporej masy mięśniowej i ciągłe bycie w formie „na igłę” przez 365 dni w roku możemy włożyć między karty książki z bajkami 😉

 Całkowita prawda  – Kocham swoja pracę!

Rozprawiając się z powyższymi mitami, trzeba jednak także wskazać na drugą stronę medalu. Praca ta bowiem dostarcza niesamowitej satysfakcji, cudowne są emocje, które dzielimy z naszymi podopiecznymi. Kiedy widzimy, jak z zerowej kondycji, wielu kilogramów nadwagi czy wręcz sporych problemów z ciałem (stawy / kościec) czy zdrowiem budują się piękne sylwetki, wracają uśmiechy, energia i chęć życia, nasze serca rosną!

Bardzo często zaprzyjaźniamy się z naszymi Klientami – wspólnie przeżywamy ich sukcesy i razem walczymy w trudnych momentach. Ma to niesamowitą wartość i daje nam mega kopa!

Sami ćwicząc i żyjąc według zasad, które wpajamy trenującym z nami, jesteśmy o wiele sprawniejsi niż większość społeczeństwa. Wiek przestaje się liczyć, mamy ciągle naładowane emocjonalne akumulatory, nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. A najważniejsze, że każdego dnia (choćby nie wiem jak ciężkim był) wstajemy z uśmiechem i po prostu nam się chce! 😉

I choć może nie jeździmy „Rolls’em” i nie mieszkamy w pałacach (jeszcze) 😛 , a codzienność nie jest tak idylliczna, jak opinia mojego podopiecznego z początku artykułu – to nie zamienilibyśmy pracy trenera personalnego na żadną inną! 🙂

Dodaj komentarz poprzez Facebooka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *