Okiem Sebastiana: Turecki spontan, czyli szalone wakacje!

Sebastian Fit on the go, Lifestory Leave a Comment

Męski i damski punkt widzenia…

To będzie bardzo ciekawe doświadczenie – spojrzeć na – wydawałoby się – identyczną sytuację
z dwóch stron. Konkretnie z mojej oraz Emilki. Zastanawialiście się kiedyś, jak bardzo różne może być postrzeganie tych samych spraw w zależności od osoby? Spróbujemy na takie pytanie odpowiedzieć – ja piszę artykuł z mojego, „męskiego” lub „samczego” punktu widzenia. Porównać go będziecie mogli z relacją opisaną przez Emilkę. Zapowiada się więc niezmiernie ciekawie 🙂

Żeby nie było – siedzimy przy dwóch osobnych biurkach, nie uzgadniamy wersji, nie wygładzamy szczegółów. Będzie więc można „na jaskrawo” ocenić różnice (o ile takowe oczywiście wystąpią). 😉 Na warsztat wzięliśmy najbardziej aktualną sprawę – czyli nasz wspólny wakacyjny wyjazd sprzed zaledwie kilku/nastu dni. Żeby podstawa, z której wychodzimy, była identyczna – kilka słów nt. „background`u” (jakże to popularne teraz słowo).

„Delikatne” kobiece aluzje…

Kilkanaście tygodni temu Emilka nieśmiało wspomniała (czyli powiedziała bardzo wyraźnie i wprost), że jest zmęczona, że nie byliśmy przeszło rok na wakacjach / wyjeździe (dłuższym niż 2 dni). A więc ona sugeruje poważnie zastanowić się nad wakacyjnym „spontanicznym” wyjazdem. I żeby spontanicznie było w 100%, podała od razu sposób na określenie dokładnej daty – zrobienie listy wśród naszych podopiecznych kto i kiedy „się urlopuje” – tak, aby nasz wyjazd jak najlepiej wpasować w całościowy kalendarz.

Kiedy Emilka przedstawia taką „sugestię”, wiadomo, że trzeba do niej natychmiast usiąść i wykonać. 😉 Tak też zrobiliśmy i okazało się, że najlepsze „okienko” wypada parę tygodni później. Skoro ustaliliśmy już, które 7 dni stanie się naszą wakacyjną odskocznią, pozostało tylko wybrać destynację i ruszać z przygotowaniami 🙂 Proste? Nie do końca…

Oddajemy się w ręce specjalistów!

Musicie wiedzieć, że my zawsze jedziemy na „własne” wakacje – dotychczas nie istniały dla nas biura podróży. Dlaczego? Otóż dlatego, że jadąc samodzielnie (bez względu na to, czy w nasze góry, czy w najodleglejsze zakątki Azji) sami decydujemy, co chcemy zobaczyć – a zawsze mamy apetyt na to, co lokalne, nie przesiąknięte turystycznym marketingiem – zwyczajnie na to, co prawdziwe. Daje nam to gwarancję niesamowitych przeżyć, dotarcia do danego kraju / miejsca dokładnie takim, jakim jest i było zawsze. Unikamy przygotowanych dla turystów kolorowych obrazków.  Nigdy nie ciągnęły nas takie nie do końca oddające naturalny charakter miejsca atrakcje.

Oczywiście, takie podejście daje z jednej strony mnóstwo satysfakcji, ale oznacza także masę przygotowań. Trzeba sprawdzić, co i gdzie chcemy zobaczyć, obliczyć kwestie przejazdów / przelotów, znaleźć odpowiedni transport, poczytać opinie o poszczególnych zabytkach i miejscach… Zazwyczaj więc pełne przygotowanie zajmuje nam nawet do kilku tygodni – bo przecież każdego dnia także pracujemy, biegamy, załatwiamy…

Tym razem wspólnie podjęliśmy decyzję, że cały ten „szum przygotowań” zostawimy sobie na koniec roku (ostrzymy zęby na Azję) – a teraz oddamy się w ręce specjalistów od podróży. Mówiąc w skrócie – chcieliśmy mieć z głowy przygotowania – po prostu spakować walizkę, wsiąść w samolot i odpocząć na wakacjach (tak przynajmniej to sobie wyobrażaliśmy). Ja oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie dodał: „no to może last minute”? Sporo naoglądaliśmy się ostatnimi czasy reklam LM i wydawało nam się, że będzie to idealne połączenie – wakacje bez przygotowań, w dodatku za ułamek ceny. No i będziemy mogli zająć się sprawą w zasadzie ostatniego dnia. Dobre podejście, prawda? 😉

Raz, dwa, trzy – lasta szukasz ty…

Na nasze usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, że czerwiec rzeczywiście obfitował w sporą ilość niezłych ofert last minute, a dodatkowo – my naprawdę mamy zero doświadczenia w podróżowaniu z biurem podróży. Co prawda nadal wystarczyło usiąść i pomyśleć, że w sumie lipiec to już środek sezonu i może te „last`y” to tak nie do końca, no ale od czego jest wiara i optymizm? 😉

Nie martwiąc się więc wcale, spędziliśmy kilka tygodni intensywnie pracując, nie zajmując się niemal wcale wyjazdem. Aż przyszedł ostatni tydzień przed założonym przez nas terminem.
Z uśmiechem na ustach usiadłem przed komputerem, wpisałem dumnie „last minute” w wyszukiwarce i… No właśnie. Okazało się, że wcale nie ma już tych niesamowitych kierunków, osiemnastogwiazdkowych hoteli za bezcen i przelotów prywatnym odrzutowcem. Za pierwszym razem spędziłem 6 godzin przed monitorem (post factum wyglądałem jak królik z czerwonymi oczami) i nie znalazłem absolutnie nic.
To znaczy ofert było zatrzęsienie. Ale jakoś kłócił mi się obraz last minute z milionami monet, które trzeba było za niego zapłacić. Po szybkiej kalkulacji wyszło mi, że wystarczy dorzucić ze 20-30% i zamiast na tydzień do „ciepłych krajów” możemy na koniec roku lecieć na trzy tygodnie do genialnej Azji… Na początku pomyślałem, że może źle szukam, że na pewno trzeba być po prostu bardziej wtajemniczonym, etc. Nie chciałem też martwić Emilki, beztrosko więc zakomunikowałem jej, że „pewnie trzeba zaczekać na dzień – dwa przed wylotem”… My jednak jesteśmy niesamowitymi optymistami, prawda?

Termin zbliża się wielkim krokiem…

W połowie tygodnia sytuacja nie uległa zmianie – a dodatkowo nasze grafiki napięły się do granic możliwości i niepodobieństwem było szukać czegoś w ciągu dnia. Zaledwie raz udało nam się wybrać na niedaleki spacer do biura podróży. Jednak tylko po to, żeby stwierdzić, że na miejscu jest jeszcze słabszy i droższy wybór niż w internetach. Na dwa dni przed wyjazdem Emilka (która również spędziła szereg godzin przed komputerem szukając naszej wymarzonej wycieczki) rzeczowo stwierdziła, że musimy mieć plan B. Co prawda nie powiedziała, jaki to plan, ale niewątpliwie miała rację.

Beztrosko założyłem więc, że w najgorszym przypadku po prostu wsiądziemy na spokojnie w samochód i pojedziemy w Polskę. A najchętniej w polskie góry (pomimo, że schodzone już przez nas wzdłuż i wszerz, nadal sprawiają nam masę frajdy). Uspokojony przynajmniej w tym względzie, znów zasiadłem przed monitorem i bez problemu znalazłem kilka fajnych miejsc – od popularnego „Zakopca” po Bieszczady. Na spokojnie już zerkałem tylko od czasu do czasu na strony biur podróży – no bo może akurat…

Nasze wielkie, greckie wakacje… chyba nie!

Na dzień przed urlopem mój świetny humor został zdmuchnięty jak świeczka podczas wichury. Emilka otworzyła prognozę pogody dla Polski… Lipiec u nas to przecież przefantastyczny miesiąc, prawda? I daje ziemi tyle wody…Cały tydzień lało! A dodatkowo pogoda zmieniała się co 3-4 godziny (niestety, wciąż na gorszą)! Zmotywowany do działania, poświęciłem pół dnia na wertowanie propozycji last minute (przecież coś musiało się znaleźć!). Niestety, bez większych rezultatów. Kiedy do popołudniowej serii treningów zostało nam mniej niż 100 minut, pojawiła się opcja wylotu do Grecji. Hotel dla dorosłych, fajna miejscówka, sporo do obejrzenia, cena przyzwoita…Znaczy się mamy to! I tylko jeden drobiazg – wylot z Wrocławia. I powrót. Do Krakowa. Serio?

Kto wymyśla takie oferty? Tuż po tym, jak nawrzucałem monitorowi od najgorszych, stwierdziłem, że to przecież może być fajna przygoda 🙂 Pokazałem temat Emilce, a ona zapaliła się do pomysłu! Entuzjazm nieco osłabł, kiedy okazało się, że połączenia kolejowe i konieczność dojazdu z dworca na lotnisko to jak wyprawa na Grunwald (daleko, nie wiadomo, gdzie to, a czasu mało) – ale przecież kto ma dać radę, jak nie my?

Uśmiechnięci, powędrowaliśmy do biura dokonać zakupu. I co? I nic. 3 minuty wcześniej wykupiono ostatnie miejsce. Znacie to uczucie, kiedy osoba przed Wami w kolejce kupi pączka, na którego Wy ostrzyliście sobie zęby? No właśnie… Miła pani z biura zaproponowała nam co prawda jakiś inny wyjazd, tyle, że o połowę droższy i w miejsce, którego nie braliśmy wcześniej pod uwagę…

Sprzedam nerkę – na cito!

Niepocieszeni wróciliśmy do domu, Emilka wywędrowała na treningi, a ja usiadłem przed biurkiem (miałem 30 minut do treningów) i – jak to mawia nasza znajoma – w oczach zagościł mi smuteczek 😉 I wtedy dostałem znak – moi podopieczni odwołali mi popołudniowe treningi (bo sami wyjeżdżali, bo korki, bo córa chora)! To był czas na podjęcie męskiej decyzji – Emilka zasługuje na wszystko, co najlepsze, a hajsy to w życiu nie wszystko! I wiecie co? Kiedy już stwierdziłem, że sprzedam nerkę za wyjazd, wpadła mi w oko „ta” oferta 😉 3 miejsca dostępne, wyjazd do Turcji, hotel dla dorosłych, cena – bez szału, ale i tak coś tam z „promocji” w niej było…

Błyskawiczne sprawdzenie opinii o hotelu (bo już kilka „ekstra” ofert o to rozbiło), zaskoczenie, bo odzew wydaje się być mega pozytywny… Szybki telefon do biura, prośba o rezerwację (żebym znów sobie spaceru bez sensu nie zrobił), odpowiedź, że tak się nie da, ze muszą być monety i dane… Ale to przecież nie mogło mnie powstrzymać!

Wyścig z czasem!

Rekord świata w szybkim spacerze na 3 km zaliczony i już siadam przed Panią. Okazuje się, że jeszcze 2 miejsca dostępne (w sumie to niezły sposób na „zmuszenie” do kupna), więc oczyma wyobraźni widzę już radość na twarzy Emilki, a gorące tureckie słońce już daje się pieścić moją skórę! Po drodze jeszcze tylko szybki test pamięci o dacie urodzin Emilki i już prawie mam bilety w ręce 😉

Niewinne pytanie „wizę Państwo już załatwili?” sprawia, że moja bańka z marzeniami tureckich plaż niebezpiecznie szykuje się do pęknięcia, jednak pani zapewnia mnie, że zielone dolary i Internet rozwiążą i ten problem 😉 W końcu udaje się! Po szeregu pytań, wyborze opcji ubezpieczenia, potwierdzeniu danych, przekazaniu banknotów NBP mam w ręce naszą wycieczkę!

Widzieć jej radość? Bezcenne! Za wszystko inne zapłacisz…. hmm czym?

Całe szczęście, że wiedziony instynktem wziąłem ze sobą jakąś rezerwę budżetową – no bo przecież trzeba na szybkości kupić – no właśnie – Euro, złoto, czy czym oni tam płacą? Więc jeszcze raz szybka konsultacja z Internetem i już wiem, że Euro cacy, ale tureckie liry też cacy 😉 Wizyta w kantorze. Najwyższy na świecie kurs jednej i drugiej waluty, wymiana i jestem gotowy na wyjazd! A w każdym razie, żeby powiedzieć Emilce.  I wiecie co? Jej radość i zaskoczenie naprawdę były warte tych godzin poszukiwań, nerwowego odrzucania kolejnych ofert, a także wszystkiego, co było przed nami – nocnego pakowania, stawienia się na lotnisku przed świtem i gorączkowego zastanawiania się, czego nie wzięliśmy ze sobą 😉

Co działo się potem, czy udało nam się spakować w miarę sensownie i jak udały się nasze wakacje, opowiemy Wam w kolejnym artykule. Na zakończenie tego natomiast powiem, że wakacje z biurem to faktycznie mniej technicznych przygotowań. Ale znalezienie tego jedynego, idealnego wyjazdu, wymaga chyba tyle samo czasu, co przygotowanie swojego 😉 A ile dostarcza emocji…  Jeśli jednak na koniec widzicie uśmiech ukochanej osoby, która cieszy się ogromnie z nadchodzących wakacji – wtedy wiecie, że absolutnie warto! 😉

Dodaj komentarz poprzez Facebooka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *