Okiem Emi: Turecki spontan, czyli szalone wakacje!

Emi Fit on the go, Lifestory Leave a Comment

Urlop. To słowo słyszałam  już od wielu miesięcy. Generalnie moi znajomi, nasi Klienci i wszyscy znani mi ludzie organizują, planują i szykują się do swoich wakacji od początku roku. Przynajmniej mają wstępne plany, bo:

  • ich dzieci mają wakacje i trzeba jakoś przez te 2 miesiące ogarnąć czas gdy szkoła/przedszkole/tudzież inny przybytek jest zamknięty i wybiórczo dyżuruje
  • chcą znaleźć fajny hotel/miejsce i mieć pewność, że będzie na nich czekało
  • lubią mieć wszystko poukładane, poplanowane i tyle.

Mamy z Sebastianem inaczej. Lubimy lato w mieście. Jest spokojniej, ciszej, prawie nie ma korków, zawsze są fajne aktywności do zrobienia. W wakacje raczej zostajemy w Warszawie. Czasem tylko wyrywamy się gdzieś na dłuższy weekend by trochę odpocząć. Nawiasem mówiąc lubimy wyjeżdżać w ciepłe kraje, gdy w Polsce jest depresyjnie, szaro i smutno. Czyli późną jesienią lub zimą. Tym razem postanowiliśmy inaczej. W maju wstępnie zrobiliśmy tabelkę z planami urlopowymi naszych Klientów. I wyszło nam, że na początku lipca mamy duuużo wolnego. I co tu zrobić? Postanowiliśmy zrobić coś spontanicznie. Nie rozmawialiśmy co, gdzie, a termin nieubłagalnie się zbliżał. Nim się obejrzeliśmy zostały 2 tygodnie, a potem tydzień.

 

Zapisz, ułóż, zaplanuj, potwierdź…

W naszym związku to ja jestem Ta poplanowana i ułożona. Kalendarz ogarniam z 4 tygodniowym wyprzedzeniem. Większe imprezy nawet z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Zawsze mam ułożone spotkania ze znajomymi, konsultacje, treningi minimum 2 tygodnie do przodu. Pytacie co robię w następny czwartek? To proste – rano mam spotkanie a potem przewidziany lunch z przyjaciółką i jej mężem na który próbuję zaciągnąć Sebastiana. Zobaczymy z jakim skutkiem.

Proste. Typowa Kobieta.

I czasem wkurzam się na siebie. Chyba wiecie o co mi chodzi (jeśli oczywiście czytają to Kobietki). Biorę na siebie ciężar planowania w naszym związku: domowego, towarzyskiego, pracowego. Wolałabym czasem po prostu nie myśleć o tym, że trzeba wstawić pranie, zrobić zakupy, bo w lodówce nic nie ma. Kupić świeże mięso na rynku, bo tylko we wtorki i piątki jest  dostawa mięsa dobrej jakości. Itepe. Itede. Temat na inny raz.

A może zrobić wyjątek?

Postanowiłam nie planować. Nie denerwować się z tego powodu, że nie mamy planów. Zrobić prawdziwy spontan. Wszyscy dookoła się pytali co robimy, gdzie jedziemy. A my, że nie wiemy. Może jakiś last, może góry, może Mazury. No nie wiemy.

Wydawało mi się to nawet ekscytujące.  Wybrać coś kilka dni wcześniej. Spakować walizkę. Zrobić standardowo listę rzeczy na wyjazd. Spokojnie poprasować rzeczy. Przygotować inspiracje na Pintereście i stylówki do zrobienia zdjęć.

Rzeczywistość jak zwykle okazała się inna.

Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej. Że lipiec i sierpień to niezbyt dobre miesiące na lasty bo wszyscy próbują wydostać się z miasta. Że nasze niezdecydowanie przerodzi się w mniejsze i większe wymiany zdań: czy lepsza pogoda będzie w Bieszczadach czy Tatrach. A może Mazury? Że nie decydując się na żaden konkretny kierunek będziemy się kręcić w kółko. Przeglądać miejscówki i oferty kilkukrotnie.

Pojawia się wybawienie.

Większość spadła na Sebastiana. Tak dobrze poczułam się bez planowania, bez układania kalendarza, że mi się to spodobało. Trochę samolubnie zostawiłam go z tym wszystkim stwierdzając 2 dni przed naszym urlopem, że w sumie to ja mogę robić cokolwiek. A najbardziej podobała mi się wizja spakowania, umiejscowienia się za kółkiem i podróż w nieznane po Europie. Teraz wiem, że to byłoby bez sensu patrząc na to, że mieliśmy jedynie 1 tydzień urlopu.

No nic. Był czwartek. Pojawiły się jakieś oferty last minute. Po kilku gorących rozmowach ustaliliśmy parę szczegółów: albo last i Grecja, Albania czy Turcja. Albo góry <wstawiam największe serce> 🙂  A potem te ciągłe sprawdzanie prognozy pogody – na każdym portalu innej i sprzeczki, która pogoda jest bardziej wiarygodna.

Postanowiliśmy poczekać do piątku. Nie chcieliśmy wydać jakiś astronomicznych kwot na wyjazd. Jesteśmy przyzwyczajeni do podróżowania ekonomicznego. Lubimy przemierzać odległe kierunki, zbierając wspomnienia i emocje, nie wydając przy tym fortuny. Stąd pewnie też te niezdecydowanie. Spędzanie urlopu z Polsce to jakiś kosmos cenowy. Nie macie takiego wrażenia? Ceny poszły na maksa w górę. A pogoda jak zwykle niepewna.

Grecjo przybywamy…

W piątek Sebastian znalazł przytulny hotelik w Grecji. Bez animacji, może o niezbyt wysokim standardzie, ale preferowały go pary, czyli wszystko to, o czym marzyłam przez ostatnie tygodnie. Wyciszyć się, poczytać książki, poopalać się trochę, wyspać się za wsze czasy. Spędzić czas z Sebastianem sam na sam i otworzyć pole do nowych, kreatywnych pomysłów na kolejne projekty. Byłam w siódmym niebie. To było to. Totalnie.

Zostało mi 45 minut do moich popołudniowych treningów, a my zaczęliśmy proces rezerwacji hotelu i miejscówek. No i co? I oczywiście 20 min przed rozpoczęciem mojej pracy (Sebastian miał wolne popołudnie) okazało się, że ostatnie miejsca ktoś wykupił.

Niefart jak nic. A może tak miało być?

Cmoknęłam Sebastiana i uciekłam do pracy mówiąc, że mu ufam i zgadzam się na wszystko. 3 godziny później zadzwonił do mnie, że kupił lasta do Turcji i że potrzebuje mój paszport by zrobić wizę, dokończyć formalności biletowych itd. Byłam w trakcie treningu wtedy więc za bardzo nie mogłam rozmawiać. Zapytałam się tylko kiedy wylatujemy. Powiedział, że za parę godzin…

Przyznam, że bardzo lubię to w Sebastianie, że mogę na nim polegać i całkowicie zaufać w kwestiach organizacyjnych. Nie musiałam wiedzieć co to za miejsce, jaki hotel, co tam się dzieje. Wiedziałam, że będzie bosko. Niemniej trochę mnie zaskoczył gdy poznałam już szczegóły. Czterogwiazdkowy hotel, all inclusive, Itaka, Alanya, Turcja – wszystko się złożyło w całość, wcale nie tak tanio jak planowaliśmy. Ale też odetchnęłam z ulgą. Wizja urlopu spędzonego w jakiejś norze, z deszczem od rana do wieczora zmyła się sprzed pola widzenia. Ufffff…

Pakowanie w trybie przyśpieszonym…

Pozostało „tylko” spakować się i przygotować wszystkie rzeczy. Skończyłam treningi przed 21:00. Zostało niewiele czasu na organizację. Musieliśmy: zrobić kolejne pranie (to już trzecie tego dnia) i dać mu wyschnąć, załatwić wizy, pojechać do apteki, bo oczywiście nie mamy podstawowych leków w domu no i spakować się. A po 5:00 mieliśmy być na lotnisku. No nieźle. Wiedziałam, że za dużo nie pośpię.

Musicie coś o mnie wiedzieć. Mam manię prasowania rzeczy na każdy wyjazd. Sebastian stale mi tłumaczy, że to i tak się pogniecie, więc nie ma to najmniejszego sensu. Aczkolwiek mnie to nigdy nie przekonało. Zresztą na Youtubie podpatrzyłam jak pakować rzeczy, żeby nie zgniatały się zbytnio. Jestem sobie wdzięczna za te wszystkie listy, które zawsze robię przed wyjazdami. Tutaj nie miałam na nie czasu więc skorzystałam z jednej z nich z poprzedniego roku, gdy wyjeżdżaliśmy na tydzień w góry. Morze i góry to co prawda inna garderoba, ale wszystkie inne rzeczy z gatunku pierdołowatych można było ściągnąć.

No i zaczęło się. Najpierw wyjęliśmy walizki z dna naszej szafy. Potem odegrałam courlopowe wyrzucanie rzeczy na środek, dzieląc je na odpowiednie kupki, które potem zaczęłam pakować w oddzielne torby. Zawsze pakuję je na wypadek gdyby coś miało się rozlać/rozsypać/rozcoś tam żeby uratować inne rzeczy. Posiłkowałam się listą i nieźle mi szło do północy, gdy zaczęłam prasować rzeczy. Sebastian padł spać, a ja z żelazkiem, padając na twarz prasowałam bluzki i sukienki.

„Po co Ci sukienki” Powiedział Sebastian. „A po to mój Drogi, że nareszcie mam zamiar wyglądać bardziej kobieco niż tylko leginsy i leginsy”. Chyba Sebastiana to nie przekonało. Położyłam się około 2:00, dosłownie na 2 godzinki. O 4:00 czekała nas pobudka, ogarnięcie rzeczy, które mieliśmy nadzieję, że wyschły, śniadanie i wyjazd na lotnisko. Wyjeżdżałam lekko spanikowana, że w tym ferworze walki czegoś nie zabraliśmy. Aczkolwiek totalnie wdzięczna za ten wyjazd. Moje zmęczenie sięgnęło zenitu, ale Alanya i hotel, który wybrał Sebastian obiecywały cudownie relaksujący tydzień. I zresztą tak było. O czym napiszę później.

Dodaj komentarz poprzez Facebooka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *