Odlotowa filozofia życia nie tylko FIT

Odlotowa filozofia życia nie tylko FIT – u nas i u „nich”

Emi Fit on the go Leave a Comment

Czas na odlot!

Nie, to nie brzmi najlepiej… Czas gdzieś odlecieć – zdecydowanie lepiej 🙂 Odlecimy
na moment z Polski i to bardzo, bardzo daleko…aż do Wietnamu!
Nie będzie to jednak opowieść o tym, co można w tym niezwykłym miejscu zwiedzić, zjeść, obejrzeć (a przynajmniej nie wprost) – bo na opisanie tego potrzeba kilku(dziesięciu) artykułów i będzie na to na naszym blogu miejsce i czas.

Tutaj chcę poruszyć zupełnie inny, chyba nieco głębszy, a na pewno nie mniej ważny i ciekawy temat – filozofii życia i porównania jej z „naszą” (tadam tadam! Poważnie zabrzmiało!). Ale idźmy po kolei – zwracając tym razem uwagę na rzeczy, które w takich wyprawach raczej nie zaprzątają nam specjalnie głowy przy wspomnieniach…

Kiedyś moja Lepsza Połowa stwierdziła „chcę lecieć znów do Azji – lubię / pożądam / uwielbiam (niczego nie skreślać) – co Ty na to?” Jak wiemy, takim sugestiom się nie odmawia, więc ochoczo zastosowałem jedno z moich ulubionych ćwiczeń, kiedy chodzi o propozycje Emilki – czyli energiczne dotknięcie brodą klatki piersiowej, a następnie odchylenie głowy do karku 🙂 I się zaczęło…

Poza radosnym entuzjazmem tysiące kwestii, które trzeba było zaplanować, przeanalizować, omówić, sprawdzić i tak dalej i dalej… Zaczynając od najbardziej prozaicznych typu: czy może jest jakiś Święty Mikołaj, który chciałbym nam w prezencie przynieść dwa bilety po konkretne rozważania w stylu: ile par krótkich spodenek zabrać, czy ciepłe ubranie też na wszelki wypadek, czy lepiej na południe, a może na północ Wietnamu…
Jak widać, MILION problemów – i to wcale nie jest przesada (no, może odrobinkę). Dlaczego o tym wspominam? Powiecie przecież, że to normalne – przed każdym wyjazdem – a takim na drugi koniec świata to już w ogóle! Otóż, mam pewien powód – kiedy dotarliśmy na miejsce i przewędrowaliśmy najpierw duże miasta, trafiliśmy do wielu małych, typowych wiosek i miasteczek.

W jednym z nich, wynajmując pokój (to mit, że trzeba wszystko wynająć już w Polsce, bo inaczej spanie pod chmurką), trafiliśmy na bardzo miłą i otwartą rodzinę, której większość członków mówiła całkiem zgrabnie po angielsku (co wcale nie jest normą). Oni też podczas jednej z rozmów powiedzieli nam, jak wyglądają z kolei ich wakacje – i wiecie co? Po prostu podejmują decyzję, zabierają plecak, wrzucają do niego 15 ustalonych z góry rzeczy, dwie koszulki, dwie pary spodni i ognia! Jadą cieszyć się wypoczynkiem! Nie ustalają nie wiadomo jakich budżetów, nie planują najdrobniejszych szczegółów, nie liczą każdej monety – po prostu jadą w wybrane z grubsza miejsce, tam rozkoszują się widokami, atrakcjami, wolnym czasem i korzystają w 100% z życia! Ktoś powie – no tak, ale to nie taka wielka wyprawa – otóż nie – dla nich wyjazd na „drugi koniec” Wietnamu, to tak jak dla nas wyprawa Polska – Chiny! I naprawdę dają radę bez rezerwacji, tygodnia przygotowań i piramidy stresu.

Dla nich od momentu decyzji o wyjeździe zaczyna się cieszenie się nim, a uśmiech nie schodzi im
z ust (choć to akurat u nich dość powszechne) 🙂 Rozumiecie, do czego zmierzam? My tracimy wiele nerwów na przygotowanie wyjazdu, często spalamy energię już na tym etapie – oni potrafią wykorzystać 110% wyjazdu – włącznie z przygotowaniami, pobytem i drogą powrotną 🙂

Jednym słowem – relax, it`s your holiday! To naprawdę genialne podejście i warto je przejąć – tak, żebyśmy przed urlopem „się nie wypompowali” a po urlopie nie potrzebowali „tygodnia na dojście
do siebie”. Korzystajmy z okazji, ciesząc się każdą minutą, pozwólmy sobie na odrobinę szaleństwa – w naszym europejskim rozumieniu – i nie martwmy się, że wzięliśmy jedną parę skarpetek za mało, albo jeden sweter za dużo…Szczególnie, że w większości przypadków i tak wykorzystujemy góra połowę zabranych sprzętów / ubrań / drobiazgów 🙂

Dodaj komentarz poprzez Facebooka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *