Jak namówić Sebastiana na mazurski wypad… czyli bobry, gwiazdy i pierogi!

Emi Fit Tips, Fit on the go, Lifestory Leave a Comment

Tradycja wyniesiona z domu.

Jęczałam, że tęsknię za Mazurami już chyba od 2 lat. I nie podejmowałam żadnych kroków w tym kierunku. Jestem kobietą czynu. Ale Sebastian zupełnie nie podziela mojej namiętności mazurskiej. Sebastian to człowiek gór. Chyba jest coś takiego jak sentyment. Pochodzę z Podlasia. Na Mazury miałam blisko, więc chętnie z tego korzystałam. Kiedy byłam młodzieżą (jakbyście nie wiedzieli młodzieżą staje się jak się ma 11-13 lat, co mocno wtedy deklarowałam) tata rozpoczął naszą rodzinną mazurską tradycję. Coroczny udział w pikniku country w Mrągowie. Chodziło o niedzielną paradę, w której brały udział oryginalne, stare auta, motocykle i inne różne pojazdy, które ciężko sklasyfikować. Po czasie też sami taki mieliśmy. I nasze zjazdy rodzinne to było Coś, przez duże C. Co jakiś czas robiliśmy też spływy kajakowe, a my z naszą paczką przyjaciół spędzaliśmy beztrosko mazurskie wakacje. Z Mazurami jestem związana od lat. I zawsze wypowiadam się o nich z zachwytem.

Obrałam sobie za cel zarażenia mazurskimi klimatami Sebastiana. Dość nietypowy pomysł zważywszy na to, że każde słowo Mazury wzbudza niechętny grymas na Jego twarzy.

A co! Trzeba szukać sobie w życiu wyzwań. Pomysł zakiełkował w głowie rok wcześniej po powrocie właśnie z Pikniku Country. Jednak miniony rok zawodowo nie dawał nam szans na jakiekolwiek urlopy, zatem z żalem odłożyłam temat. W tym roku wiedziałam, że nie odpuszczę i w atmosferze gróźb i awantur (no dobra, trochę przesadziłam. Przypominało to raczej wymianę zdań typu:  Nie chcesz? Ok. Pojadę bez ciebie.) Wyznaczyłam termin wyjazdu.

Szukamy noclegu…  A może namiot?

Nie miałam pojęcia, że Mazury tak zdrożały. W ogóle stwierdzam, że urlopy w Polsce są na maksa drogie. Kasa jaką liczą sobie wynajmujący za noclegi, a czasem też warunki tam panujące zniechęcają do urlopowania się w kraju. Serio. Podróżujemy po świecie i mamy porównanie. Przez pół dnia przeglądałam oferty hoteli, pensjonatów i innych miejscówek. Cena za dobę od 100 do 300 zł za osobę –  w tej średniej półce cenowej. Zdecydowana przesada. I już zdeterminowana miałam ochotę wydać tonę kasy, gdy Sebastian rzucił od niechcenia – to lepiej jedźmy już pod namiot. No i trafił w dziesiątkę.

Do Mrągowa co roku jeździmy właśnie pod namioty. Mamy zatem wszystko, czego nam potrzeba by zrealizować wypad kilkudniowy. Wszystko, czyli: namiot, karimaty, śpiwory, latarki, materac z pompką i kilka innych rzeczy, które każdy ma w swoim domu. Na 3-4 noce naprawdę nie potrzebujecie dużo. Poszerzyliśmy zestaw jedynie o jednorazowego grilla, naczynia i specyfiki na komary. Zabraliśmy wygodne ciuchy, materac na wodę i radośnie wyruszyliśmy w podróż.

Obrałam za cel okolice Mikołajek. Sprawdziłam kilka miejscówek pól namiotowych, które mają sanitariaty bo jednak totalnie na dziko na te parę dni nie chciałam jechać. Sprawdziłam kilka atrakcji turystycznych by jak najbardziej wkręcić Sebastiana w Mazury. Co osiągnęłam? To, że jak mówię Mazury nie kręci już nosem i stwierdza, że może za rok zabierzemy całą ekipę znajomych i pojedziemy wspólnie.

 

Ruszamy na camping!

Wybrałam camping Kama nad jeziorem Tałty. Miał dość dobre opinie na google i znajdował się 5 km od Mikołajek by móc wyrwać się też do większego miasteczka. W pobliżu było sporo atrakcji mazurskich, które chciałam pokazać Sebastianowi. Camping generalnie ok, ale ceny jedzenia w restauracji na campingu totalnie warszawskie. Za schabowego z frytkami ok. 30 zł? Serio? Nadal jesteśmy na mazurach, na wsi gdzie funkcjonuje jeden sklep (jeśli ktoś szuka dobrej jakości pieczywa to raczej tylko kajzerki) więc to mocna przesada. Samo miejsce, czystość, dostęp do jeziora – wszystko inne na tak 🙂

Pech chciał, że przed naszym wyjazdem nastąpiło załamanie pogody. Całą drogę na mazury lało. Lało jak wjechaliśmy na camping i lało jeszcze godzinę po naszym przyjeździe. W końcu rozłożyliśmy namiot i przestało padać, a Mazury powitały nas piękną słoneczną pogodą. Popołudnie i wieczór spędziliśmy w Mikołajkach spacerując po mieście i linii brzegowej jeziora, rozmawiając i wdychając czyste mazurskie powietrze. Zrobiliśmy zapasy jedzeniowe na następny dzień i kreśliłam plany wycieczkowe.

Dzikie zwierzęta wsród nas!

Zabrałam Sebastiana do Parku Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie. Wybraliśmy się tam dość wcześnie rano – park otwierają o godz. 9:30 a my byliśmy przed 10:00. I to był bardzo dobry wybór, bo mieliśmy gdzie zaparkować, nie było tłumów turystów docierających autokarami na miejsce, mieliśmy dość mała grupę zwiedzającą. Park odwiedziłam wiele lat temu z rodzicami i nadal jest to fajna atrakcja.

Dla osób, które lubią być blisko natury, a w szczególności dla dzieciaków, które mogą być tak blisko zwierząt, niektóre dotknąć, nakarmić – to fajne przeżycie. Przyznam, że dla mnie też. Akurat trafiłam na czas karmienia danieli i pracownik parku pozwolił mi je nakarmić. W internecie znajdziecie sporo pozytywnych jak i negatywnych opinii na temat tego parku. Obiekt nie jest dostosowany dla osób niepełnosprawnych, nie da się wejść z małym dzieckiem w wózku (ale można zawsze użyć wtedy chusty) – to wszystko można sprawdzić zanim przyjedzie się na miejsce. Nie jest to atrakcja dostępna dla wszystkich. Jednak samo przechodzenie między wybiegami po drewnianych drabinkach i obcowanie tak blisko zwierząt jest dla mnie super przeżyciem. Mimo wszystko fajnie było wrócić w to miejsce i pooglądać zwierzęta z bliska. Nawet dla dorosłych, którzy mogą tam poczuć dziecięcą radość.

A może bobry?     

Następnym punktem naszej wycieczki była placówka PAN w Popielnie. Natomiast po drodze zabrałam Sebastiana do starej, zabytkowej śluzy wodnej Guzianka. Zatrzymaliśmy się po drodze samochodem i wyszliśmy by obserwować przepływające statki i żaglówki pomiędzy jeziorami. Tak na marginesie żaglówki mają przewalone. Najpierw puszczane są statki więc żaglówki stoją w długich kolejkach. Godzina czekania to podstawa. Zdarza się o wiele dłużej. Niemniej miło popatrzeć na zmieniające się poziomy wody 😉 a jeszcze fajniej znaleźć się w środku. Próbowaliście?

 

W Popielnie hodowla koników polskich nie zrobiła jednak na mnie aż takiego wrażenia jak hodowla bobrów. Żeby móc zobaczyć takiego bobra trzeba przejść się z pracownikiem PANu no i oczywiście za to zapłacić. Ale okazuje się, że bobry wcale nie lubią jak tak się im przeszkadza co chwila. Mimo, że wrażenie fajne i można dowiedzieć się sporo informacji do przewodnika, jednak było mimo szkoda zbudzonego bobra. Aktywność swoją wykazują po godzinie 18:00, więc my swoimi odwiedzinami w ramach otwarcia placówki po prostu nadwyrężamy ich cierpliwość. Bobry to nie domowe zwierzątka i mimo, że mogliśmy je pogłaskać, zobaczyć na żywo oraz ich domostwo – nie pałają do nas miłością.

Sama placówka spełniła swoje zadanie zachowania gatunku bobra po prawie całkowitym wyginięciu po II wojnie światowej. Teraz jak wiemy bobry mają się dobrze, a w niektórych częściach wręcz się rozmnożyły na maksa. Są w stałym konflikcie z rolnikami, którym rujnują plony i ziemię. Cieszę się, że mogłam się sporo dowiedzieć na tej wycieczce. A sama placówka ma piękny mały port, dojście do jeziora i po obejrzeniu atrakcji można posiedzieć w ciszy patrząc na wodę. Atrakcja jest na tyle jeszcze niszowa, że na miejscu mogliśmy skorzystać z chwili ciszy i wytchnienia.

Co zjeść na Mazurach? Pierogi!!!

A wracając natchniona wzmianką Magdy z Krytyki Kulinarnej wstąpiliśmy na najlepsze pierogi świata do Pani Danieli w Wejsunach. Okazuje się, że można tu zamówić dzień wcześniej konkretny obiad – musi być pyszny. Ale my wstąpiliśmy niespodziewanie więc mogliśmy wybrać sobie coś z pierogów. Sebastian zamówił z mięsem a ja cudownie pyszne z jagodami. I wiecie co? Nigdy wcześniej nie jadłam pierogów z tak dobrym ciastem i dużą ilością farszu. Zamówiliśmy jeszcze jedna na spółkę mimo, że porcja była dość spora. Wyjechaliśmy objedzeni pod korek z przeświadczeniem, że jak będziemy w pobliżu – na pewno wrócimy i Wejsuny zostaną zapamiętane na długo. To były najlepsze pierogi z jagodami jakie w życiu jadłam. Słowo. Koniecznie odwiedźcie to miejsce jeśli będziecie w pobliżu.

Bliżej gwiazd…

I tak zakończyliśmy nasz mazurski dzień. Kolejny przywitał nas duża ilością słońca więc praktycznie cały spędziliśmy nad wodą. Skutek tego był opłakany. Do dzisiaj Sebastianowi schodzi skóra z pleców. I powtórzyliśmy kolejny raz tak znane nam poszukiwanie pantenolu w związku z Jego oparzeniami. Zawsze kiedy przez to przechodzimy myślę, że to już ostatni raz i Sebastian będzie pamiętał o używaniu balsamu z faktorem. Jednak co parę lat historia się powtarza 😉 A wieczorem oglądaliśmy niebo leżąc wtuleni pod kocem na pomoście, wsłuchując się w delikatne fale na jeziorze. To była noc spadających gwiazd. Zapomniałam już jak pięknie widać niebo, gwiazdy, drogę mleczną poza miastem. Bez sztucznych świateł, spędzając czas wśród natury.

Chyba muszę rozpocząć nową tradycję. Spektakl spadających gwiazd zachwycił nas swoim pięknem, a noc na świeżym powietrzu dotleniła nas na maksa. Powiedziałam wtedy Sebastianowi, że jak byłam mała miałam taką mapę nieba, którą dostałam od rodziców. I szukałam gwiazdozbiorów na niebie, oglądałam spadające gwiazdy na wsi u babci, zachwycając się ich pięknem. I wiecie co? Wczoraj rano na swoim biurku znalazłam atlas gwiazd. Sebastian postanowił zaskoczyć mnie takim prezentem. O jaaaaa!!! Mam niesamowitego Mężczyznę! Nie pozostaje nic innego jak zacząć razem szukać gwiazd na niebie.

Tym romantycznym akcentem kończę moją mazurską opowieść. Jeśli macie jakieś godne polecenia miejscówki na mazurach, atrakcje, które warto zwiedzić i miejsca w których trzeba być – koniecznie podzielcie się z nami. Za rok kolejna wyprawa w tamte strony i na pewno będzie to wyprawa pod namiot. Wkręciłam się na maksa.

Dodaj komentarz poprzez Facebooka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *