Szybciej, więcej, dalej… czyli kiedy chcemy za bardzo ;)

Sebastian Fit Tips, Trening Leave a Comment

Rozmyślania trenera…

Za oknem wciąż piękna pogoda, do Zimy wciąż jeszcze daleko, ale ostatnio w rozmowie przypomniałem sobie – zupełnie niechcący – coroczną sytuację noworoczną. Nie, nie chodzi tutaj o szampańską zabawę, Nowy Rok w gronie przyjaciół, zabawę po świt i te sprawy. Miałem na myśli to, co dzieje się zazwyczaj od ok. drugiego lub trzeciego stycznia (czyli kiedy już z grubsza wrócimy „do siebie” po sylwestrowych szaleństwach) 🙂

Dla nas, czyli ludzi na stałe związanymi z szeroko rozumianym fitnessem, a szczególnie dla prowadzących kluby fitness (ale już np. Studia Treningów Personalnych rządzą się nieco innymi prawami) to czas wielkiego „booom’u”!
Kiedy bowiem ludzie budzą się w „nowym, lepszym”, jedną z pierwszych myśli jest ta w rodzaju „Ten rok będzie wyjątkowy! Biorę się ostro za siebie! Koniec z dodatkowymi kilogramami, wkrótce będę jak młody bóg / bogini!”. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nigdy z taką myślą nie obudził się na początku kolejnego roku 😉

Co to oznacza dla właścicieli, trenerów, instruktorów?

Morze pracy! Ba – nierzadko nawet Ocean! 🙂  2-3 tygodnie w styczniu to zazwyczaj nadprogramowe tłumy chętnych do wyrzeźbienia swojego ciała, pozbycia się cellulitu, wypłaszczenia brzuchów, zbudowania mięśni i tak dalej… I tutaj dochodzimy do punktu, który jest niezwykle ważny w kontekście treningów. A jednocześnie jest także jednym z najczęstszych błędów, jakie popełniamy, rozpoczynając przygodę z ćwiczeniami.

Chodzi o częstotliwość ćwiczeń (głównie w tej pierwszej fazie, kiedy jesteśmy jeszcze wciąż niesieni falą entuzjazmu – szczególnie noworocznego). Dlaczego poruszam ten temat? Otóż przyglądając się frekwencji w klubach i na siłowniach ze zdziwieniem zaobserwowalibyście, że już początki marca to w znacznej mierze „powrót do normalności”. Kwiecień nie notuje już praktycznie żadnych „ogromnych fal przypływowych”. Nie mylmy tego proszę z ilością ludzi w klubie – chodzi mi o tych „świeżo i mocno” zaangażowanych – głównie przez postanowienia.

Dlaczego tak się dzieje? Przecież niemal każdy przyzwoity trener jasno i wyraźnie tłumaczy na samym początku, że ten sport to nie sprint, ale maraton.  Wyników nie da się osiągnąć w tydzień (a przynajmniej tych sensownych i zdrowych). Wydawałoby się więc, że po boom`ie noworocznym kolejne 6-10 miesięcy to powinny być pełne kluby.

Co się więc dzieje?

Bardzo, bardzo często następuje zderzenie właśnie z tematem częstotliwości ćwiczeń. I wszelkimi jego konsekwencjami i efektami. Powiedzmy to sobie jasno – na samym początku mamy taki „power”. Głowę tak nabitą pięknymi (i w 99% „sfotoszopowanymi”) zdjęciami idealnych kobiet i mężczyzn z kolorowych czasopism, że jesteśmy pewni, iż za chwilę będziemy co najmniej tak piękni i „docięci” jak oni! I niby trenerzy mówią nam, że to miesiące, a nawet lata pracy. Ale przecież od czego nasz optymizm i „ponadnaturalna” zdolność właśnie naszego wyjątkowego ciała do przemiany? Nieważne więc, że inni potrzebują lat – nam wystarczą tygodnie! Prawda? Niestety – nic bardziej mylnego :-/

Ale to właśnie takie myślenie oraz coraz większy „hype” kreowany przez media i coraz głupsze reklamy / artykuły powoduje, że budujemy w sobie przekonanie o tym, że już na koniec stycznia będziemy jeśli nie doskonali – to zaledwie o krok od tego stanu. I na fali takiego nastawienia nie zwracamy uwagi na słowa naszych opiekunów z klubu / siłowni o tym, że mięśnie i całe nasze ciało potrzebuje regeneracji, że trzeba rozsądnie rozkładać treningi, etc. Dobry trener zaprosi nas dwa razy w tygodniu na ćwiczenia (chyba, że mamy szansę sporo odpoczywać, dobrze jeść, a nasze ciało nie zaczyna od kompletnego zera – wtedy może zdarzyć się trening 3 razy w tygodniu) – oczywiście w każdym przypadku dobierając nam odpowiedni trening, nie przesadzając z obciążeniami, etc.

Efekt  70%  przypadków?

Otóż taki podopieczny „doszkala się” we własnym zakresie. Czyta niezawodne i pełne jedynie sprawdzonych i prawdziwych informacji internety, po czym dochodzi do wniosku, że rzeczony trener chce po prostu spowolnić jego karierę najlepiej rozwiniętego atlety / najpiękniejszej w kształtach ćwiczącej i ogranicza jego naturalne możliwości!

Co dzieje się dalej? Najczęściej widzimy takie osoby nie 2-3 razy w tygodniu na treningu, ale wręcz codziennie się z nimi witamy! I nic nie dają nasze przekonywania, że to nie będzie marsz naprzód, a wręcz przeciwnie. Nie namówimy na powrót do dobrych nawyków, nie spowolnimy tego szaleńczego biegu. Jaki będzie efekt? Właśnie taki, o jakim pisałem wcześniej. Ciało i mięśnie takich „multićwiczących” będą coraz bardziej zmęczone, efekty treningowe coraz mniej widoczne, narastać będzie frustracja i zniechęcenie.

Szczególnie, że często w tym najgorętszym pierwszym okresie Ci najbardziej „napaleni” dodają sobie dodatkowo kolejne obciążenia poza treningowe – czyli dorzucają jeszcze opcje typu basen, kilkudziesięciokilometrowe wyprawy rowerowe, bieganie, etc. Efekt może być tylko jeden – jako, że nasze ciało nie jest maszyną – wyczerpanie, zmęczenie mięśni, spadek formy i nastroju.

I dlatego właśnie po kilku / kilkunastu tygodniach obserwujemy tak duży odpływ tych „najmocniejszych” i „najbardziej zmotywowanych”.  Najpierw wypadają im po 2-3 treningi, by po chwili jedyną aktywnością regularną w ich życiu było wieczorne sięganie po słodyczne i inne przekąski do lodówki.

A co z tymi wspaniałymi założeniami?

Zostają odłożone… o kolejny rok 🙂 A przecież wystarczy podejść do tematu na spokojnie, nie przeforsowywać się, wejść na spokojnie w rytm ćwiczeń / treningów, nie przeciążać się… Ci, którzy tak właśnie robią, po kilku miesiącach, kiedy nadchodzi lato, z dumą prezentują znacznie lepiej wyglądające ciała, są sprawniejsi – a także bardziej uśmiechnięci i zadowoleni z życia. I nie szukają haseł mających uspokoić ich sumienie typu: „Po co mi kaloryfer na brzuchu – bojler może więcej” albo „Do kości nikt się przytulać nie lubi”  🙂

Nie dajcie się więc naszemu odwiecznemu pędowi „szybciej, więcej, dalej” – to nie zawsze jest dobre rozwiązanie, a już definitywnie nie w przypadku ćwiczeń / treningów. Podejdźcie do tego ze spokojem, ułóżcie sensowny plan, uwzględnijcie swoje możliwości, a także swoją codzienność. I nagle okaże się, że możecie osiągnąć każdy cel, a żadne specjalne okazje (typu Nowy Rok) nie będą Wam potrzebne, żeby urzeczywistniać marzenia! 🙂

Dodaj komentarz poprzez Facebooka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *