Jej ślubna metamorfoza, czyli cudowna przemiana Melanii!

Emi Lifestory, Trening, Pozostałe Leave a Comment

Ślubne szaleństwo!

Ślub. Potrafi wywołać totalną panikę, potrzebę perfekcyjnej organizacji, podnosi ciśnienie i wprawia w stan euforii. Co ma wspólnego trener personalny ze ślubem? Potrafi do niego dobrze przygotować. To już nie mój pierwszy raz, gdy przygotowuję pannę młodą tak, by wyglądała bosko. I nadal niezmiennie zastanawiam się, dlaczego tak się dzieje, że salę i termin rezerwujemy co najmniej rok wcześniej, a nie potrafimy zorganizować swojej przemiany sylwetkowej. Z reguły wygląda to tak: O ranyyyy!!! Zostały 1-2-3 miesiące! Muszę schudnąć! I to nic, że kiecka jest już w wybranym rozmiarze, a Panie z salonu dały Ci zakaz chudnięcia. To nic, że została już tylko chwila, a ja jednak cudotwórcą nie jestem.

No ale  ślub rządzi się swoimi prawami. Bo to najpiękniejszy dzień w życiu (ten kto mnie zna wie, że piszę z delikatną ironią, bo nie znoszę tego wyrażenia. Jakby po ślubie był już koniec życia i to jeden jedyny dzień, na który masz czekać i którym masz żyć i jarać się przez całe swoje życie. Nie kupuje tego).

W listopadzie 2017 roku spotkałam się z Melanią. Znałyśmy się dobrze z wcześniejszych akcji, które organizowałam. Mela brała udział w moich poprzednich wyzwaniach Bikini Body Challenge, gdzie zresztą uzyskała rewelacyjne rezultaty. No i powiedziała, że w lipcu ma ślub. I że chce się do niego przygotować należycie. Zostało więc ok. 9 miesięcy na progres. Musicie wiedzieć, że Melania nigdy nie miała jako takich problemów z wagą. Pewnie część z Was zdziwi się widząc jej zdjęcia początkowe. Pomyślicie zapewne: „Czemu szczupła, śliczna dziewczyna chce coś zmieniać. Znalazłaby prawdziwe problemy. Przecież wygląda ekstra!”. Rozumiałam ją jednak w 100%. Byłam świadkiem jej cudownej wcześniejszej metamorfozy, gdy jej sylwetka przyciągała zazdrosne spojrzenia. No i wiedziałam jedną najważniejszą rzecz. Tylko ona najlepiej wie i czuje w jakiej sylwetce będzie idealnie. A za obecną niezbyt przepadała.

No to zaczynamy!

Przeanalizowałam dokładnie dzienniczki żywieniowe, ankietę i cały przypadek Meli. Wykonałyśmy badania krwi, żeby wiedzieć na czym stoimy, jaką suplementację powinnyśmy wprowadzić i czy na pewno zdrowotnie wszystko przebiega bez zakłóceń.

Spójrzcie na sylwetkę Melanii sprzed metamorfozy. Mimo ponad rocznego użytkowania cateringu dietetycznego, mocnych treningów i starań, sylwetka jest nieco nabrzmiała. Dlaczego? Melania stała się klasycznym więźniem liczenia kalorii, ciągłej redukcji i mocnych treningów.

Ale jak to? Nie można cały czas się odchudzać?

No nie można. Dzisiejsze czasy, ciągła pogoń za idealną sylwetką, miliony perfekcyjnie zapozowanych zdjęć na instagramie narzucają silne przeświadczenie, że w każdej chwili musimy mieć idealnie płaski brzuch, perfekcyjne wcięcie w talii czy pośladki w stylu Jen Selter. Wcześniej mam wrażenie, że było łatwiej. Porównywałyśmy się z koleżankami lub patrzyłyśmy z tęsknotą na pierwsze okładki gwiazd. Koleżanki były realne i wszystkie miały podobne problemy. Celebrytki to była inna bajka no i wiedziałyśmy, że te wszystkie okładki to czysty photoshop. Ale insta? Podwórko zwykłych dziewczyn, które pokazują swoją rzeczywistość krzycząc: też tak możesz! No możesz. Cieszę się też, że coraz więcej się mówi o wystudiowanych pozach, zdjęciach o pustym żołądku, po treningu by mocniej podkreślić mięśnie. Czy z samego rana na czczo by brzuch wydał się bardziej płaski.

W prawdziwym życiu po obiedzie nie ma szans na zapadnięty, płaski brzuch. Czasem jelita cierpią i pojawiają się wzdęcia lub po prostu masz okres i czujesz się spuchnięta. W prawdziwym życiu czasem masz ochotę na czekoladę czy ulubioną szarlotkę od mamy i nie musisz katować się myśląc jak ją odpokutować.

Come on! Ciągłe odchudzanie zaburza leptynę i grelinę.

A my musimy mieć te hormony na tyle sprawne, by nie rzucać się jak wygłodniałe wilki na jedzenia i móc kontrolować apetyt oraz wpływać na nasz metabolizm. Bo co się stanie jak będziemy wiecznie na diecie, redukując kalorie (najczęściej zbyt drastycznie i zbyt szybko?). Organizm zaadaptuje się do tej sytuacji dość szybko. To co na początku przyniesie dość szybkie i zadowalające efekty, w dłuższej perspektywie da nam efekt jojo. Jeśli tylko po okresie głodu maksymalnego zaczniemy jeść więcej (najczęściej bez umiaru bo brakowało nam wszystkich tych różnych zakazanych smaków), od razu zauważycie wzrost tkanki tłuszczowej i zatrzymanie wody w organizmie. Dorzućcie do tego ciężkie treningi, brak odpowiedniej regeneracji, stres i inne czynniki, które z reguły są dość indywidualne.

Świąteczna uczta!

Zapowiedziałam Melanii, że okolice grudnia to czas na jedzenie bez umiaru, czego sobie życzy.

Że co? No właśnie tak. Wiedziałam, że jest zmęczona fizycznie i psychicznie. Wykończona wiecznymi dietami, głodówkami, małą kaloryką, zbyt dużą ilością treningów. Co ważne: znałam już Melanię na tyle, że wiedziałam, że po tym czasie przyłoży się jak trzeba do naszej współpracy. Że jej naprawdę zależy.

Moi zatrudnieni trenerzy nie dawali wiary tej metodzie.

Zakłopotani sugerowali Melanii, że to chyba za dużo, za bardzo i za szybko.  Do dziś mnie to delikatnie bawi 😉 I teraz moi drodzy dochodzimy do istotnej kwestii: każdy z nas jest inny. W każdym przypadku chcemy osiągnąć coś innego. Każda osoba ma zupełnie inną przeszłość, przyzwyczajenia, sytuację wyjściową. No i każdy z nas ma swój czas.

Melania cały świąteczny czas jadła co chciała, odpoczywała, odbijała sobie czas ciągłych redukcji i przede wszystkim czuła się wyśmienicie. I od stycznia, tak jak zapowiedziałam rozpoczęłyśmy konkretną już dietę. Ułożyłam plan w okolicach 1900 kcal, który uwzględniał większe porcje i dodatkowe posiłki w dni treningowe oraz dość sporą dowolność i zabawę jedzeniem. Dlaczego? Bo nie znoszę słowa dieta, tysiąca ograniczeń i uważam, że nasze jedzenie na co dzień powinno być dobrze zbilansowane, budujące zdrowe nawyki. Jedzenie powinno być przyjemnością aczkolwiek nie sensem życia 🙂

Wdrażamy nowe zasady!

Jakie były zalecenia początkowe? Zostawiłyśmy w diecie chleb, makaron czy ziemniaki. Minimum raz dziennie Melania miała za zadanie zjeść porządną sałatę/surówkę – czyli tonę warzyw. Bazowałyśmy na 4 solidnych posiłkach. Wdrożyłyśmy 2,5 l wody dziennie. Zostawiłyśmy cheat meale (oszukane posiłki) raz na dwa tygodnie. Ustaliłyśmy plan treningowy: raz w tygodniu bieganie, kolejny raz mocny interwał, i jeden raz w tygodniu zajęcia fitness.

Wyrzuciłyśmy z treningów crossfity i ciężary. Zaraz padną słowa oburzenia. Jak to? Przecież ciężary takie modne, można na nich zbudować super sylwetkę. No tak, ale Melania miała duuuuużo tkanki mięśniowej. I bardzo, ale to bardzo zależało jej żeby ją zredukować. Przede wszystkim zmniejszyć obwód ramion, które sprawiały wrażenie opuchniętych. Więc plan żywieniowo-treningowy miał na celu katabolizm kontrolowany. Wszystko kwestią celów moi drodzy. Istotną rzeczą było to, że chciałyśmy zmniejszyć ilość i ataki migren. Udało nam się po paru miesiącach zminimalizować je praktycznie do zera 🙂

Cheat meal – jestem ich wielka fanką. Ale kontrolowany. Z góry zawsze zakładam czym jest ten oszukany posiłek, ile kalorii może zawierać i co to oznacza dla mojej Podopiecznej czy Podopiecznego. Z praktyki widzę, że zdaje to egzamin. U Melanii 1 cheat meal mógł mieć od 1000 do 1500 kcal.  Tak. Wszyscy krzyczeli, że za dużo. Ale nikt nie miał pełnego wglądu w sprawę i nie znał jej dłuuuugiej dietetycznej przeszłości. A Mela zadowolona w doskonałym tempie osiągała świetne rezultaty.

Pojawiły się wątpliwości…

Ileż razy musiałam stopować jej pomysły: a może mniej kalorii, a może coś na przyspieszenie spalania, a może coś zmienimy… itd. Znacie podstawową zasadę? Dopóki coś działa – nie warto tego zmieniać. I tak robiłyśmy. Co miesiąc spotykałyśmy się na analizy. Co miesiąc dostawałam szczegółową rozpiskę z Meli jedzenia i treningów. I prostowałyśmy rzeczy wymagające poprawy lub luzowałyśmy i popuszczałyśmy pasa w ciężkich stresowo momentach.

Po tylu latach pracy z moimi Podopiecznymi powiem Wam jedno: aspekt psychiczny w zrzucaniu wagi, rekompozycji sylwetki czy innego celu uważam za kluczowy. Nie wierzę w diety cud, monodiety, małe kaloryczności i zmiany z chwili na chwilę. Do tego potrzebny jest wypracowany nawyk. Ja edukuje moich Podopiecznych. Od samego początku uczę co, jak i dlaczego. Jestem przewodnikiem, który daje duże pole do eksploracji. Uwielbiam ten moment, gdy moi Podopieczni zaczynają bawić się jedzeniem. Gdy przestają myśleć obsesyjnie o kaloriach i ciągle zmieniających się modach żywieniowych.

Cele osiągnięte!

Dzięki temu podejściu udało nam się wypracować z Melanią świetne rezultaty, które widzicie poniżej.

Nie tylko wizualne chociaż te przemawiają najlepiej. Pokazują, że nie tylko te spektakularne metamorfozy 20-30 kg w dół mają znaczenie. Na tak szczupłej sylwetce, każdy centymetr ma ogromne znaczenie, a osiągnięcie 10 cm mniej w talii, a do tego 16,5 cm mniej w miejscu pod pępkiem (tak bardzo znienawidzonym i trudnym do uzyskania przez nas dziewczyny) to naprawdę coś! Zredukowałyśmy też obwód ramienia o 5 cm, zgodnie z prośbą Melanii. Spadły też biodra o 7 cm oraz w każdym udzie 5,5 cm. Cały efekt jest boski. I wiecie co? Do końca, aż do dnia ślubu zachowałyśmy możliwość jedzenia  ciasteczek, słodkości, fast foodów, czyli wszystkiego na co Melania miała ochotę w określonych ilościach i odstępach czasowych. Tak to można kształtować sylwetkę. Wszystkie zmiany widzicie na zdjęciach przed i po 😉

Myślę, że Melania odwaliła kawał dobrej roboty. A co Wy myślicie?

+

 

 

Dodaj komentarz poprzez Facebooka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *