Islandia, czyli czas spełnić największe marzenia!

Emi Fit on the go, Lifestory Leave a Comment

 Islandia – wyprawa życia?

Mieliście kiedyś marzenie – wydawałoby się nieosiągalne, ale jednak zawsze kuszące i tajemnicze? Dla mnie  taką właśnie gwiazdą na niebie marzeń była wyprawa na Islandię. I kiedyś zabiorę tam Emilkę 🙂
A rozmyślałem o niej wiele (i o Islandii i o Emilce)  🙂 – wszystko tam wydawało się takie inne, wyjątkowe… Musicie wiedzieć, że moja fascynacja tym skrawkiem Ziemi sięga daleko, daleko wstecz – pierwsze książki o Islandii trafiły mi w ręce około 2000 roku!

Lata mijały, różne nieosiągalne wydawałoby się zamierzenia realizowałem, ale Iceland (tak z angielska) nadal był poza zasięgiem… I nie ma się co oszukiwać – w tamtych czasach bilet do kraju norweskich wikingów kosztował tyle, co niezły samochód :/ Dzisiaj, kiedy nawet tanimi liniami możemy tam dotrzeć, wydaje się to wręcz nieprawdopodobne – jednak wtedy trzeba było sprzedać nerkę (albo jakiś inny istotny narząd), żeby dostać się na bliski lodowcom kawałek skały 🙂

 

Raz dwa trzy – na Islandię pakujesz się TY!

Ale nadszedł 2007 rok i zdarzył się cud – dzięki ówczesnej pracy mogłem zacząć planować, co na siebie założę w Reykjaviku oraz wszystkich tych niesamowitych miejscach, o których dotychczas tylko czytałem!

Okazało się, że skompletowanie ekwipunku to nie taka prosta sprawa – pamiętajcie, że było to 11 lat temu – marka Alpinus wciąż była popularna w sklepach, a filmy kręciło się nie telefonami, ale na kasetach DV lub D8 w kamerach 🙂 No i potrzebna była kolejna nerka, żeby za to wszystko zapłacić… Sporo biegania po sklepach z górskim wyposażeniem – ale finalnie udało mi się wystroić zimowo (bo to przecież lodowce) i zabezpieczyć przed wiatrem (bo to w końcu Islandia) 🙂
A do tego „on top” po 3 pary zimowych „rajtuz” albo „galotów” – jak kto woli – bo wszyscy mówili, że pogoda na Islandii to nie przelewki. I mieli rację – ale nie uprzedzajmy faktów 🙂

Tajemniczy rower i najdroższa puszka piwa 🙂

Nie będę ukrywał, że w którymś momencie zastanawiałem się, czy te wszystkie super zimowo-trekkingowe buty, oddychające ocieplane podkoszulki, czapki „z uszami” to nie lekka przesada. Ale wystarczyło przebyć trasę Kraków – Amsterdam – Keflavik (lotnisko pod Reykjavikiem), postawić nocą pierwszy krok na skalnym islandzkim świecie, wyjść zza ściany lotniska, żeby – literalnie – zabrakło tchu! Lodowaty wiatr (a był maj!) przenikał do kości – w 4 minuty wszyscy popędzili do środka zakładać ciepłe, zimowe ciuchy! 🙂 Potem jeszcze przejażdżka najciemniejszą nocą, jaką kiedykolwiek widziałem do stolicy, zakwaterowanie i wskoczyłem wyczerpany podróżą do łóżka!

Rano przywitał mnie pierwszy znak, że mieszkańcy Islandii mają bardzo ciekawe poczucie humoru – miałem pokój na 3. piętrze – a pierwszym widokiem był…rower (!). Tak, w nocy islandczycy przeciągnęli między moim budynkiem a budynkiem naprzeciwko linę i zawiesili na niej rower – tylko po to, żeby zaśmiewać się z mojej miny, kiedy zszedłem na recepcję 🙂

Generalnie cała ta wyprawa pokazała mi, że ówcześni mieszkańcy wyspy (nikt nie myślał jeszcze o bankructwie, a polskie Tyskie kosztowało w przeliczeniu 45 PLN-ów za puszkę) to ludzie otwarci, uśmiechnięci i ogromnie towarzyscy! Wspaniale spędzało się z nimi czas, potrafili niezrównanie opowiadać o historii i teraźniejszości tego spłachetka lądu na styku Oceanu Arktycznego i Oceanu Atlantyckiego. Potrzeba bliskości zapisana jest niejako w DNA ludzi Islandii – średnia odległość między domostwami poza miastami (a tych jest zaledwie kilka) to kilkadziesiąt kilometrów! Życie na Islandii jest z tego powodu bardzo ciężkie – mała ilość mieszkańców, mało słońca (jak wtedy tłumaczono, trafiliśmy na jedne z 20 (!) słonecznych dni na Islandii w ciągu całego roku) – wynikiem tego był wówczas największy procent samobójstw na Islandii per capita na świecie.

Butelka Red Label w cenie telewizora? Czemu nie…

Ale wróćmy do wyprawy – w 2007 roku turyści nie zadeptali jeszcze wyspy – co więcej, byli dość rzadko spotykanym gatunkiem – tym większe więc wywoływali zainteresowanie i każdy chciał ze mną i grupą, z którą byłem chociaż dwa słowa zamienić 🙂 A przy naszym napiętym grafiku nie było to wcale łatwe. Dlatego dni upływały nam na fascynującym zwiedzaniu i podróżach, a wieczorami w pubach (często) i restauracjach (rzadziej – butelka Red Label potrafiła kosztować ponad 1500 PLN (!) rozmawialiśmy, rozmawialiśmy, rozmawialiśmy 🙂

Krótko opiszę, co widziałem – krótko, bo dzisiaj wystarczy wejść na YT, żeby wszystko „na własne oczy” zobaczyć – bardziej chciałbym Wam opowiedzieć o wyjątkowych odczuciach czy ciekawostkach odnośnie poszczególnych atrakcji 🙂

Reykjavik przywitał grupę mroźną, ale słoneczną pogodą – a pierwszym szokiem były czekające na nas terenowe samochody…na oponach wielkości pomiędzy traktorem a big food truckiem! Okazało się, że tylko tak da się dotrzeć w większość miejsc, które chcieliśmy obejrzeć 🙂

Nadszedł czas na niezapomniane widoki…

Na pierwszy ogień poszedł geotermalny rejon Olkelduhals – i to zaskoczenie, że już wtedy można było pozyskiwać ponad 80% ciepła w stolicy z gorących źródeł zlokalizowanych na marsjańskich polach wokół miasta! Wszędzie kłęby pary i kilometry rur – wrażenie „kosmiczne” 🙂 Od razu też doświadczyłem islandzkiej pogody – podjeżdżając na pierwsze wzniesienie ruszaliśmy z wiosennym słońcem. Na szczycie nie widzieliśmy juz na 5m przed samochodem w zadymce śnieżnej! Jak się okazało, to właśnie islandzki standard pogodowy 🙂

Pierwszym z zapierających dech w piersiach wodospadów był Seljalandsfoss – na standardy islandzkie średni – dla mnie – olbrzymi i absolutnie przepiękny! To uczucie, kiedy można wybrać się skalną ścieżką za wodospad – bezcenne!

Kombajnem na lodowiec!

Kolejny punkt był mocno ekscytujący (jak każdy zresztą) – wizyta na lodowcu Myrdalsjokull! I to nie byle jaka – grupa wysiadła u jego stóp, na górę wjechaliśmy ratrakiem wielkości… kombajnu Bizon (i tak też wyglądającego)! Oczywiście przebraliśmy się w specjalne kombinezony (pytaliśmy po co? – przecież mieliśmy zimowe stroje?) Uwierzcie – przejazd tuż obok wielokilometrowych rozpadlin i zapadlisk lodowych potrafi podnieść ciśnienie! A stroje okazały się bardzo potrzebne, kiedy tylko wysiedliśmy na wiecznej zmarzlinie – to była esencja zimna. Czekało na nas szkolenie, a potem – własny skuter. Wydawało się to takie proste 🙂 Świeciło słońce, wiał lekki wiatr, a przed nami było ok. 11 km wyznaczonej trasy.

Ruszyłem z werwą…  Po 10 minutach wjechałem w zadymkę, nie widziałem dosłownie nic, a rękawiczka przymarzła mi do kamery! Strzał adrenaliny, strach – bo co znaczy te dwieście parę kilogramów skutera wobec możliwości zsunięcia się w szczelinę wiecznego lodu mającą kilka kilometrów głębokości. Z duszą na ramieniu udało mi się pokonać trasę  i wrócić do szkoleniowców – którzy poklepali nas po ramionach i powiedzieli, że to dobrze, że nie mieliśmy załamania pogody…(!!!) Na szczęście zaprosili nas też do chaty, w której czekał posiłek i rozgrzewka
„w płynie” 🙂

Kolejne dni to między innymi wizyta na czarnych piaskach oceanicznych plaż południowego wybrzeża Islandii, zapierające oddech krajobrazy szczytów na wpół pokrytych śniegiem na horyzoncie, wodospad Skogafoss, nieliczne domy… I kolacje w Reykjaviku 🙂 Sporo zabawnych sytuacji – kiedy poprosiłem w najlepszej restauracji stolicy o ich najlepsze danie (w końcu żyje się raz) dostałem… carpaccio z kangura – sprowadzane z Australii 🙂 W świecie ryb, wielorybów i wszechobecnej wody 🙂

Z termoforem na wieloryby!

Zaliczyłem wycieczkę po bezdrożach quadami – pola lawowe w górach Skessuhorn potrafią zrobić wrażenie! Kiedy wchodziłem na pokład statku Hafsulan – trapem obok napisu „whale watching” wydawało mi się, ze mocno wieje. Ale to był tylko zefirek w porównaniu z tym, co czekało na otwartych wodach! A kiedy stanie się blisko dziobu statku prującego lodowate fale i zobaczy się wynurzającą znienacka płetwę wieloryba – WOW! (i to nie tylko z powodu wiatru i obezwładniającego zimna nie można wtedy złapać oddechu) 🙂 Jeśli więc ktoś zaproponuje Wam rejs po zatoce – sprawdźcie, czy macie termofor i w drogę!

A propos termoforu – Blue Lagoon to jedna z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji Islandii – i faktycznie robi ogromne wrażenie. Najpierw przejście lawowym labiryntem, by w końcu znaleźć się w wielkim ośrodku SPA zlokalizowanym wokół gorących źródeł. Błękitno-biała, nieprzezroczysta woda o temperaturze nawet 60 stopni, kiedy na powierzchni jest lodowaty wiatr – bezcenne! Relaks, ulga, ciepło…A do tego nie omieszkałem wysmarować się ponoć leczniczym i ujędrniającym skórę błotem lawowym  🙂 Gdyby tylko nie trzeba było przelecieć pół świata, żeby odpoczywać w Blue Lagoon, byłby tam gościem w każdy weekend 🙂

Każdy przejazd urozmaicały postoje przy różnobarwnych krterach, lejach i pozostałościach po wulkanicznej historii wyspy – przepiękne i urzekające.

Czas na HIT!

Dla mnie prawdziwym hitem był white-water rafting w lodowatej rzecze Hvita! Już samo przebranie się w piankę i lekki kombinezon nieprzemakalny przy minus milionie stopni (tak to wtedy czułem) było wyczynem. Jednak dopiero pierwszy bryzg wody na twarzy dał mi do zrozumienia, że na brzegu to było lato! Sam spływ fantastyczny (pomimo realnie niewielkiego stopnia trudności) – połączenie ekstremalnej temperatury, fantastycznego krajobrazu i wzburzonej wody na bystrzynach. Tego po prostu trzeba spróbować! Do tego w połowie zerwała się burza! A kiedy już ręce przymarzną do wiosła, spływ kończy się w… saunie – sam miód! (i ten pitny też się w tej saunie znalazł 😉

Cofam się idąc na przód chwiejnym krokiem… 🙂

Obowiązkowym punktem było oczywiście obejrzenie regularnego czynnego gejzeru Strokkur (naprawdę spory wystrzał wody!), a następnie wizyta nad potężnym wodospadem Gulfoss. Wyobraźcie sobie, że próbujecie wejść na platformę pomostem, ale idąc… stoicie w miejscu – taką właśnie siłę ma tam wiatr! Kiedy rozłożyłem ręce – poczułem się jak żagiel – i wiatr natychmiast odpychał mnie o dobry metr do tyłu! Sam wodospad – nieziemski – tego się nie da opisać. Co ciekawe (choć równie smutne) – wodospad ten to ulubione miejsce samobójców… 🙁

Udało mi się jeszcze odwiedzić Park Narodowy Thingvellir z jego niesamowitymi formacjami skalnymi i unikatową historią.  Bowiem w 930r. zebrał się po raz pierwszy islandzki parlament Althing, tutaj też 17.06.1944 ogłoszono pełną niepodległość Islandii. Żeby dodać jeszcze kolejną wisienkę – w tym miejscu spotykają się dwie płyty tektoniczne – północnoamerykańska i eurazjatycka – co powoduje wzmożoną aktywność sejsmiczną. Stąd też tyle wulkanów na tym skrawku planety.

A na koniec…

Na koniec jeszcze ciekawostka z piątkowego wieczoru. W tym  czasie na drodze wjazdowej do Reykjaviku rozciągał się wielokilometrowy korek – a w każdym samochodzie było co najmniej 4 żądnych weekendowych szaleństw mieszkańców okolic (+/- 200km). A co było najciekawsze w tym „zlocie”? Otóż tylko kierowca był stanie „kontaktowym”. 🙂 Dlaczego? Okazało się, że mieszkańcy tej wyspy niejednego mogliby nas nauczyć w temacie samodzielnych nalewek, alkoholi, win i tym podobnych…:-)

Czy warto odwiedzić Islandię dzisiaj? Pomimo wieści o tłumach zadeptujących ją turystów, patrząc na ogromne dzisiaj możliwości dostania się tam za rozsądne pieniądze i niezliczone atrakcje na Was czekające – bez dwóch zdań tak! 🙂 Islandia ma wszelkie atuty, by stać się celem podróży życia!

Dodaj komentarz poprzez Facebooka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *